Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętniki; wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętniki; wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 sierpnia 2012

"Czas tajemnic" - Marcel Pagnol


tytuł oryginału: Le Temps des secrets
tłumaczenie: Małgorzata Paszke
liczba stron: 300
ISBN: 
978-83-61989-72-1 
oprawa: miękka
data wydania: 2011 (Esprit)
część w cyklu: II

moja ocena: 5+/6


Gdybym miała wymienić miejsca, do których wracać lubię i potrzebuję, na pewno wspomniałabym o Prowansji, choćby w wersji jedynie literackiej. Nie kryję, że pokochałam akurat ten region Francji w dużej mierze dzięki Marcelowi Pagnol i jego wyjątkowej autobiografii Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki. Sięgnięcie po część kolejną było więc naturalną koleją rzeczy, choć nie obyło się bez pewnej dozy niepokoju - czy aby nie oczekuję zbyt wiele?

Marcel, którego spotykamy w Czasie tajemnic, wybiera się już do liceum. Zanim jednak zanurzy się w tym nowym świecie, spędza kolejne wakacje w urokliwym wiejskim domu, Bastide-Neuve. Powraca czar polowań, beztroskich zabaw z przyjacielem i niczym nieskrępowanej wolności... niestety, czar nieco już przebrzmiały, zaledwie echo dawnych uniesień. Wszystko się zmienia. Lili ma obowiązki, a pogoń za dzikim ptactwem przestaje urzekać świeżością. Zrezygnowany Marcel zaczyna spisywać wakacje na straty, gdy pojawia się śliczna Izabela, w której chłopiec zadurza się po uszy. Zakochani spędzają razem całe dni, jednak nawet taka miłość nie trwa wiecznie - wszak na Marcela czekają już nowe wyzwania, nowa szkoła i nowi przyjaciele.

Każdy, kto miał styczność z prozą Pagnola zna jej nieodparty urok, obecny także w Czasie tajemnic. Figlarny język, wnikliwe spostrzeżenia i spora doza humoru kryją się na każdej stronie, a przygody autora chwytają za serce. Co ważne, z pewnością każdy z nas w większym lub mniejszym stopniu może identyfikować się z małym Marcelem - wszak pierwsza miłość nie omija nikogo. Dzięki temu książka nabiera uniwersalizmu i ma szansę spodobać się każdemu, niezależnie od płci, wieku czy zainteresowań.

Godny uwagi, podobnie jak w Chwale mojego ojca. (...), jest także aspekt historyczno-obyczajowy i przyznam, że to on podobał mi się najbardziej. Z przyjemnością dowiadywałam się, jak funkcjonowała szkoła z początków XX. wieku, chłonęłam wręcz atmosferę jej grubych murów i staroświeckie zasady. Wątek romantyczny z kolei pomaga zrozumieć od dawna znaną prawdę: miłość jest ślepa. Pagnol udowadnia to na własnym przykładzie w sposób dobitny, a przy tym niezwykle czarujący i zabawny.

Czy Czas tajemnic ma wady? Znalazłam tylko jedną, za to poważną: kończy się. Byłam zaskoczona, gdy dotarłam do ostatniej strony, przerzucałam bowiem kartki z irracjonalnym przekonaniem, że historia Marcela rozciągnie się na całe życie, przede mną więc jeszcze lata lektury. Skąd takie myślenie, nie wiem, ale na pewno chciałabym poczytać jeszcze. 

Tym razem książkę polecę każdemu, kto nie boi się sięgnąć po historię dziecinną, po dziecinnemu naiwną i po dziecinnemu ciepłą. Sama jestem zauroczona i nie wątpię, że jeszcze nie raz spotkam się z Marcelem.


Książkę przeczytałam z niekłamaną przyjemnością dzięki wydawnictwu Esprit:

wtorek, 14 sierpnia 2012

"Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej) - Andrzej Stasiuk

liczba stron: 126
ISBN:
9788375360417
oprawa:
miękka
data wydania:
2008 (Wydawnictwo Czarne)
moja ocena:
 5+/6


Andrzej Stasiuk wybitnym pisarzem jest. Jego książki zawsze wywierały na mnie spore wrażenie, kiedy więc natknęłam się na Jak zostałem pisarzem nie mogłam odmówić sobie tak obiecującej lektury. Pochłonęłam tę niewielką książeczkę w kilka godzin i tu pojawiły się schody: nie potrafię jej dla Was zrecenzować.

Historia jest dość banalna. Młody Stasiuk, buntownik szukający sensu w życiu, zadaje się z podobnymi sobie nonkonformistami, ludźmi żyjącymi niejako poza społeczeństwem, outsiderami. Rzuca szkołę, by potem szybko rzucić pracę, by następnie rzucić wojsko i trafić do więzienia - jestem pewna, że w czasach PRL-u nie było to nic niezwykłego. Jeździ pociągami w nieznane, słucha rock'n'rolla i sporo czyta. Nie zapowiada się wcale, by z tego niebieskiego ptaka wyrósł jeden z naszych najważniejszych współczesnych autorów.

Jak Andrzej Stasiuk został więc pisarzem? Z jego autobiografii się tego nie dowiedzie, przynajmniej jeszcze nie z tej. Może to najbardziej oczywisty paradoks Jak zostałem pisarzem, ale z pewnością nie jedyny. Dla mnie cała książka wręcz składa się z paradoksów! To proza pełna klasy, a jednak pospolita. Język raczej nie grzeszy wyrafinowaniem, jest potoczny i nie brakuje soczystych przekleństw - mimo to mamy doskonałą świadomość obcowania z erudytą. Akapity nie mają tu racji bytu, a zdania plączą się w chaosie znaczeń, by i tak odkrywać przed nami swój doskonały porządek. Piękno kryje się pod warstwą brzydoty, sens wydobywa się spod banału. Taka oto jest Próba autobiografii intelektualnej: logiczna w swym absurdzie.

Dlaczego tak trudno mi rzeczowo opowiedzieć o tej książce? Ponieważ wywarła na mnie ogromne wrażenie i zaraziła swoim chaosem. Po lekturze Jak zostałem pisarzem miałam mnóstwo wątpliwości, które nie dają mi spokoju. Zrozumiałam, jak wielką wolnością - pomimo panującego ustroju - cieszył się Stasiuk w młodości. Dziś w wieku kilkunastu lat jesteśmy już uczestnikami wyścigu po czas, pieniądze, intensywne wrażenia z półek hipermarketów. Wszechobecny kult materializmu tak mąci nam w głowie, że zapominamy żyć. Zatracamy indywidualność na rzecz stworzenia armii klonów, ogłupionej przez reklamę. Może brzmi to zbyt radykalnie, nie przeczę, ale tak widzę współczesny świat i społeczeństwo. Biografia pisarza pozwoliła mi tylko ubrać te wszystkie niejasne przeczucia w słowa.

Nie każdy odbierze tę książkę w podobny sposób. Dla niektórych będzie to po prostu zapis interesującej młodości interesującego człowieka. Dla mnie jednak to coś więcej. Przepraszam więc, jeśli uderzyłam w zbyt dramatyczny ton, po prostu to Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej) uderzyło w mój czuły punkt i przypomniało o tym, że życie nie kończy się ani nie zaczyna na najnowszym modelu telefonu, kawie ze Starbucksa i ubraniach z sieciówek. Dziś przeciętność jest modna, ale czy naprawdę warto wmieszać się w tłum? Przeczytajcie, jeśli i Wy czujecie, że można żyć inaczej - Andrzej Stasiuk dostarczy Wam niezbity dowód.

piątek, 10 sierpnia 2012

"Winnica w Toskanii" - Ferenc Mate

tytuł oryginału: A Vineyard in Tuscany. A Wine Lover’s Dream
tłumaczenie: Zbigniew Kordylewski
liczba stron: 240
ISBN: 978-83-7648-043-5
oprawa: miękka
data wydania: 2008 (Prószyński i S-ka)
moja ocena: 4/6


W wakacje często sięgamy po określony typ książek: szukamy lektur lekkich, rozluźniających - takich, które pozwolą nam na chwilę umysłowego relaksu. A jeśli przy okazji możemy przenieść się jakieś urokliwe miejsce i uszczknąć odrobinę odmiennej kultury, tym lepiej. W poszukiwaniu tego wszystkiego sięgnęłam po Winnicę w Toskanii, i zdradzę Wam już teraz: nie zawiodłam się.
 
Ferenc Mate w życiu osiągnął sporo i pewnie wielu z nas może mu tylko pozazdrościć. Ten węgierski pisarz, żeglarz i podróżnik zapragnął jednak wpędzić szarego człowieka w jeszcze większe kompleksy i... założyć winnicę. Osiadł więc wraz z rodziną w bajecznej Toskanii, krainie nie tylko wybornych win, ale także fenomenalnej kuchni, przyjaznych ludzi i zapierających dech w piersiach krajobrazów. Niestety, nawet w takim miejscu trzeba ciężko zapracować na spełnienie marzeń. Mate borykał się z wieloma trudnościami: od kłopotów ze znalezieniem odpowiedniej ziemi, przez remont liczącej kilkaset lat posiadłości aż po jelenie harcujące wśród winorośli. A o tym, jak poradził sobie z licznymi wyzwaniami, napisał książkę, którą czyta się wyjątkowo bezproblemowo.

 
Słowo, które moim zdaniem najlepiej charakteryzuje Winnicę w Toskanii brzmi: zabawna. To właśnie humor, z jakim autor opowiada o swoich perypetiach urzekł mnie najbardziej. Zdarzało mi się chichotać, rechotać, a nawet płakać ze śmiechu, gdy czytałam chociażby o próbach ujarzmienia traktora czy przygodzie w urzędzie. Podobała mi się także spora doza autoironii i sarkazmu, którymi częstuje nas autor - w połączeniu z leciutkim jak piórko stylem robiła naprawdę dobre, i przede wszystkim autentyczne wrażenie.


"Żeby zostać światowej klasy wytwórcą wina, trzeba najpierw mieć trzy rzeczy: pasję związaną z winnicami, doskonale wyszkolony nos oraz aktualny numer na gorącą linię dla samobójców."
 
Akcja książki nie należy do najszybszych, nie ma tu szaleńczego tempa, a jednak dynamizmu nie brakuje. Rytm jest świetnie wyważony: tak, byśmy nie mieli poczucia uczestniczenia w wyścigu po winnicę, ale też nie stracili zainteresowania. Niestety, mimo dołożonych przez autora starań zdarzają się momenty... cóż, senne. Opis heblowania deski raczej nie każdego zainteresuje, zwłaszcza, gdy liczy więcej niż dwa zdania. Niewiele takich fragmentów się zdarza, ale przyznam szczerze - nawet te nieliczne po prostu przeskakiwałam.

 
Sielankowy klimat Winnicy w Toskanii budują nie tylko przyjemny język i płynna akcja; godni uwagi są także bohaterowie drugo- czy nawet trzecioplanowi oraz żywe opisy włoskiej kultury, obyczajów i mentalności. Można odnieść wrażenie, że od lat zna się tych przemiłych ludzi i nie raz samemu przyrządzało się przepyszne dania kuchni toskańskiej. Irytować może jedynie - oprócz wspomnianych spowalniaczy fabuły - lekki chaos panujący w opowieści. Gdybyście kiedyś zastanawiali się, jak można na przestrzeni kilku zdań przeskoczyć z tematu dachówek na borowiki, a z borowików na obsługę dźwigu, zajrzyjcie do Ferenca Mate.

 
Cóż więcej mogę powiedzieć? Lektura tej dość szczególnej autobiografii sprawiła mi sporo radości i pogłębiła moje zainteresowanie Italią. Czy będę pamiętać o niej po latach? Raczej nie. W ciepły letni wieczór jednak sprawdziła się całkiem nieźle.

niedziela, 8 lipca 2012

"Gaumardżos. Opowieści z Gruzji" Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller

liczba stron: 399 
ISBN: 978-83-7799-247-0
oprawa: miękka
data wydania: 2011 (Świat książki)


Czy u Was też lato zagościło na dobre? We Wrocławiu żar leje się z nieba, powietrze aż się lepi i chciałoby się stąd czym prędzej umknąć, ale o wakacyjnych wojażach mogę tylko pomarzyć. Na szczęście z pomocą przychodzi mi jak zwykle książka - i to książka nie byle jaka. Pozwólcie zaprosić się w magiczną podróż do kraju wina, wolności i pysznego jedzenia: witajcie w Gruzji.

Gaumardżos oznacza "na zdrowie", ale to także życzenie zwycięstwa. Państwo Mellerowie z pewnością zwyciężyli. Ze wspomnień, anegdotek i garści przydatnych informacji skomponowali opowieść lekkostrawną i pięknie podaną. Ni to reportaż, ni przewodnik, ale zapewniam - urok tej książki własnie w nieokreśloności i dyskretnym chaosie leży.

Nie od dziś wiadomo, że Polak, Gruzin - dwa bratanki, nasze kultury jednak łączy niewiele. Autorzy objaśniają więc meandry gruzińskiej mentalności na sto różnych sposobów, snując pasjonujące historie ludzi, miejsc, obyczajów. Niczym impresjoniści odmalowują obraz narodu dumnego i zaczepnego, ale o wielkim sercu. Państwo Mellerowie pozwalają sobie nawet na niewinny flirt z czytelnikiem, kusząc go i uwodząc aromatami kuchni i głębokim rubinem wina. Wszak wino ważnym elementem życia jest, podobnie zresztą jak biesiada - supra - i jedzenie. Ale jakie jedzenie! Opisy smakowitych pierożków chinkali czy sosu tkemali sprawią, że pocieknie Wam ślinka...

Gruzja to jednak nie tylko kraj serdecznych ludzi, pięknych widoków i bogatych smaków. Na szczęście, autorzy nie uciekają od trudnej historii i wciąż niepewnej przyszłości. Nie boją się także przyznać, że Gruzini to... wariaci. Postrzeleńcy żyjący w chaosie, bez zegarków i map. Ludzie wolni, którzy sami ustalają zasady. Już chcecie ich poznać?

Można jeździć pod prąd i bez prawa jazdy. Załatwienie najprostszych rzeczy bywa koszmarem. Na stacji benzynowej gość potrafi trzymać w jedne ręce wąż, a w drugiej zapalonego papierosa. Jeżdżą jak szaleńcy. Kiedy się otwierają jakieś drzwi, najpierw nikt się nie rusza, a potem wszyscy walą naraz. Ciągle krzyczą. Prądu często nie ma.

Język książki jest cudownie zróżnicowany. Rozdziały pisane przez pana Marcina kipią: inteligencją, ironią i humorem, momentami stając się wręcz mocno ukierunkowanym strumieniem świadomości. Bardziej zachowawcze rozdziały pani Anny pozwalają natomiast nieco po tej galopadzie odetchnąć - czytelnik nie męczy się, nie nudzi, nie wpada w jednostajny, usypiający rytm. Warto zaznaczyć też, że autorzy zapanowali nad słowem - w Gaumardżos każdy wyraz jest na swoim miejscu, barwny i lśniący, plastyczny. Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach, tyle obrazów nam Mellerowie podsuwają.

Nie śmiem odmówić sobie kilku słów na temat pięknego wydania Opowieści z Gruzji. Przede wszystkim nie pojawiają się literówki, nadprogramowe przecinki, podwójne spacje, co znacząco wpływa na komfort czytania. Strony wypełnione są zaś nie tylko świetnymi tekstami, ale również wysokiej jakości fotografiami, które chyba nawet bardziej niż słowa. Książkę wzbogacono ponadto mapkami Gruzji, niezbędnymi przy takiej egzotycznej podróży z fotela. I to wszystko za niecałe 40 zł? Biorę!

Prawdopodobnie nie mogę nawet udawać, że jestem obiektywna. Mam ogromną słabość do państwa Mellerów, do Gruzji, i do Gaumardżos także. To piękna opowieść o miłości do kobiety - matki narodu - pełna pasji, finezji i dobrego humoru. Polecam jak najbardziej, nie tylko w wakacje i nie tylko miłośnikom książek podróżniczych. Zapraszam do obejrzenia klimatycznego trailera i oceniam to małe dziełko na -6/6.



środa, 4 lipca 2012

"Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki' - Marcel Pagnol

tytuł oryginału: Souvenirs d'enfance. La Gloire de mon pere, la Chateau de ma mere. 
tłumaczenie: Paweł Prokop
liczba stron: 410
ISBN: 978-83-61989-31-8
oprawa: miękka
data wydania: 2010 (Esprit)
część w cyklu: I


Powietrze nasycone światłem, zapach beztroski i tymianku, cichy szept oliwnych gajów... istna sielanka? Dla prozaika, dramaturga i reżysera Marcela Pagnol (1895-1974) - codzienność. W pierwszych częściach biograficznego cyklu Wspomnienia z dzieciństwa wraz z autorem przenosimy się do Prowansji, jaką pamięta z młodości, gdzie liczą się tylko przygoda, przyjaźń i śpiew cykad. 

W letnie wakacje do wioski La Treille wyruszają mali Marcel i Pawełek z siostrzyczką, rodzicami oraz wujostwem. Otoczona wzgórzami i piniowymi lasami miejscowość natychmiast przypada im do gustu, dla 8-letniego Marcela stając się wielkim placem zabaw - tak łatwo dać się ponieść wyobraźni, gdy beztroska wpisana jest w krajobraz. Ileż atrakcji kryją pobliskie zagajniki! Dni chłopca wypełniają indiańskie okrzyki, pierwsze polowania i pierwsza prawdziwa przyjaźń. Dzięki małemu Lili, mieszkańcowi wsi, najbłahsze przygody smakują lepiej, i łatwo zapomnieć, że lato nie trwa wiecznie. Pierwsze dni jesieni i rozpoczęcie roku szkolnego są więc zaskoczeniem, rodzą bunt i bezsilność, a jedyne pocieszenie leży w szybkim powrocie do La Treille... Czy jednak wszystko pozostanie tam bez zmian? 

Sentymentalna podróż Pagnola w czasie i przestrzeni mija w mgnieniu oka, a jej koniec jest o tyle niespodziewany, co... niepożądany. Autor usidla nas barwnym i nieco figlarnym językiem, który aż kipi od subtelnego humoru, a naiwne spostrzeżenia małego chłopca często ustępują miejsca poważnym rozważaniom dorosłego mężczyzny. Sprawia to, że Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki z jednej strony nie przytłacza, z drugiej zaś nie pozwala czytać się bezmyślnie. I taki właśnie jest klimat tej książki: ciepły i słoneczny, ale niepozbawiony zdradzieckiego mistrala. 

Autor pozwala nam również podejrzeć Francję za czasów III Republiki - laicki światopogląd ojca Marcela, Józefa przeciwstawiony został tradycyjnym poglądom religijnego wuja Juliusza, oddając doskonale panujące ówcześnie nastroje społeczne. Liczne odniesienia do kultury i polityki, opatrzone przypisami tłumacza, przybliżają ducha epoki, wzbogacając jednocześnie powieść. O prawdziwej wartości wspomnień Pagnola stanowią jednak bohaterowie. Sam Marcel - odważny chłopiec o wielkim sercu i wnikliwym umyśle - szybko zyskuje naszą sympatię. Również wspomniani już Józef, poczciwy nauczyciel-erudyta i jowialny wuj Juliusz (ochrzczony całkiem inaczej) urzekają i bawią. Żałuję natomiast, że tak niewiele miejsca poświęcono Augustynie, matce pisarza: wypada ona bardzo blado i niewyraźnie, jest mdłym konturem na tle jakże konkretnych postaci. 

A skoro już przy imionach jesteśmy, muszę wytknąć tłumaczowi, co następuje: nie było potrzeby ich tłumaczenia. To może wada niewielka, acz irytująca, przez którą książka traci nieco na autentyczności. Największą przeszkodą w odbiorze Chwały mojego ojca. Zamku mojej matki okazała się jednak... moja wrażliwość. Nigdy nie byłam małym chłopcem (na tę sprawę, dużym też nie), więc odległe są mi polowania, a obraz dzieci zastawiających wnyki i znęcających się nad drobnymi zwierzętami przyprawiał mnie o dreszcze. 

Nie mogę mimo wszystko odmówić tej szczególnej autobiografii ciepła i uroku. To doskonale czarująca gawęda na nieśpieszne, letnie popołudnia: leniwa, nieco naiwna i wyjątkowo zabawna. Choć raczej nie przypadnie do gustu fanom mocnych wrażeń i szaleńczej akcji, wszystkim innym Chwałę mojego ojca. Zamek mojej matki serdecznie polecam, a za te polowania wystawiam 5/6.

Za podróż do Prowansji dziękuję wydawnictwu Esprit: