piątek, 10 sierpnia 2012

"Winnica w Toskanii" - Ferenc Mate

tytuł oryginału: A Vineyard in Tuscany. A Wine Lover’s Dream
tłumaczenie: Zbigniew Kordylewski
liczba stron: 240
ISBN: 978-83-7648-043-5
oprawa: miękka
data wydania: 2008 (Prószyński i S-ka)
moja ocena: 4/6


W wakacje często sięgamy po określony typ książek: szukamy lektur lekkich, rozluźniających - takich, które pozwolą nam na chwilę umysłowego relaksu. A jeśli przy okazji możemy przenieść się jakieś urokliwe miejsce i uszczknąć odrobinę odmiennej kultury, tym lepiej. W poszukiwaniu tego wszystkiego sięgnęłam po Winnicę w Toskanii, i zdradzę Wam już teraz: nie zawiodłam się.
 
Ferenc Mate w życiu osiągnął sporo i pewnie wielu z nas może mu tylko pozazdrościć. Ten węgierski pisarz, żeglarz i podróżnik zapragnął jednak wpędzić szarego człowieka w jeszcze większe kompleksy i... założyć winnicę. Osiadł więc wraz z rodziną w bajecznej Toskanii, krainie nie tylko wybornych win, ale także fenomenalnej kuchni, przyjaznych ludzi i zapierających dech w piersiach krajobrazów. Niestety, nawet w takim miejscu trzeba ciężko zapracować na spełnienie marzeń. Mate borykał się z wieloma trudnościami: od kłopotów ze znalezieniem odpowiedniej ziemi, przez remont liczącej kilkaset lat posiadłości aż po jelenie harcujące wśród winorośli. A o tym, jak poradził sobie z licznymi wyzwaniami, napisał książkę, którą czyta się wyjątkowo bezproblemowo.

 
Słowo, które moim zdaniem najlepiej charakteryzuje Winnicę w Toskanii brzmi: zabawna. To właśnie humor, z jakim autor opowiada o swoich perypetiach urzekł mnie najbardziej. Zdarzało mi się chichotać, rechotać, a nawet płakać ze śmiechu, gdy czytałam chociażby o próbach ujarzmienia traktora czy przygodzie w urzędzie. Podobała mi się także spora doza autoironii i sarkazmu, którymi częstuje nas autor - w połączeniu z leciutkim jak piórko stylem robiła naprawdę dobre, i przede wszystkim autentyczne wrażenie.


"Żeby zostać światowej klasy wytwórcą wina, trzeba najpierw mieć trzy rzeczy: pasję związaną z winnicami, doskonale wyszkolony nos oraz aktualny numer na gorącą linię dla samobójców."
 
Akcja książki nie należy do najszybszych, nie ma tu szaleńczego tempa, a jednak dynamizmu nie brakuje. Rytm jest świetnie wyważony: tak, byśmy nie mieli poczucia uczestniczenia w wyścigu po winnicę, ale też nie stracili zainteresowania. Niestety, mimo dołożonych przez autora starań zdarzają się momenty... cóż, senne. Opis heblowania deski raczej nie każdego zainteresuje, zwłaszcza, gdy liczy więcej niż dwa zdania. Niewiele takich fragmentów się zdarza, ale przyznam szczerze - nawet te nieliczne po prostu przeskakiwałam.

 
Sielankowy klimat Winnicy w Toskanii budują nie tylko przyjemny język i płynna akcja; godni uwagi są także bohaterowie drugo- czy nawet trzecioplanowi oraz żywe opisy włoskiej kultury, obyczajów i mentalności. Można odnieść wrażenie, że od lat zna się tych przemiłych ludzi i nie raz samemu przyrządzało się przepyszne dania kuchni toskańskiej. Irytować może jedynie - oprócz wspomnianych spowalniaczy fabuły - lekki chaos panujący w opowieści. Gdybyście kiedyś zastanawiali się, jak można na przestrzeni kilku zdań przeskoczyć z tematu dachówek na borowiki, a z borowików na obsługę dźwigu, zajrzyjcie do Ferenca Mate.

 
Cóż więcej mogę powiedzieć? Lektura tej dość szczególnej autobiografii sprawiła mi sporo radości i pogłębiła moje zainteresowanie Italią. Czy będę pamiętać o niej po latach? Raczej nie. W ciepły letni wieczór jednak sprawdziła się całkiem nieźle.

wtorek, 7 sierpnia 2012

"44 Scotland Street" - Alexander McCall Smith


tytuł oryginału: 44 Scotland Street 
tłumaczenie: Elżbieta McIver
liczba stron: 301
ISBN: 
978-83-7495-843-1 
oprawa: miękka
data wydania: 2010 (Muza)
część w cyklu: I

moja ocena: 5/6

Przenieśmy się w wyobraźni do XIX-wiecznej Warszawy. Wstajemy rano, otwieramy dziennik (Słowo, dajmy na to) i czytamy kolejną część Trylogii Sienkiewicza. Codziennie sięgamy po kolejny jej fragment, publikowany w prasie właśnie. Dziś wydaje się to niemożliwe? Powieść w odcinkach jednak nie wymarła - po taką anachroniczną formę sięgnął Alexander McCall Smith, popularny autor szkockiego pochodzenia. Czy udało mu się sprostać karkołomnemu zadaniu? Przekonajcie się sami :)

44 Scotland Street w Edynburgu to adres nie byle jaki. W tej nieprzeciętnej kamienicy na Nowym Mieście mieszkają równie nieprzeciętne osobowości: 20-letnia Pat, wieczna studentka zakochana w Brucie; Bruce, również zakochany w Brucie; Irene, matka wymagającą cudów niewidów od 5-letniego Bertiego i ekscentryczna antropolog Domenica. Ich barwne losy stanowią kanwę dla refleksji nad życiem w wielkim mieście, podaną pośród oparów absurdu i salw śmiechu.


Ze względu na nietypową formę, powieść w odcinkach wymaga szczególnego stylu. Dlatego każdy rozdział 44 Scotland Street stanowi odrębną, zamkniętą całość, napisaną niczym epizod dobrego serialu. Dzięki temu chętnie przewracamy strony, nie czując znużenia, a jedynie narastające zaciekawienie. Przyznam jednak, że gdy zabrałam się do czytania, nie byłam zachwycona - prawdę mówiąc, chciałam rzucić książkę w kąt. Z każdym kolejnym zdaniem przyzwyczajałam się jednak do niecodziennego charakteru powieści, coraz bardziej wciągając się w perypetie bohaterów.


Bohaterowie zresztą są tu sporym atutem. Odrobinę przerysowani, a przy tym wystarczająco rzeczywiści, stanowią karykaturę naszych wad i zalet. Z niepewną i nieco nieporadną Pat z łatwością utożsami się większość młodych osób, pretensjonalna Irene wzbudzi natychmiastową niechęć, a o największym narcyzie w kamienicy, Brucie, nieraz pomyślimy z politowaniem. Do tak przejrzyście skonstruowanych postaci przywiązujemy się w mgnieniu oka, dzięki czemu od książki trudno się oderwać.


Na szczególną uwagę zasługuje jednak język, jakim posługuje się McCall Smith. Autora cechuje niebywała lekkość pióra i polot; uważam, że 44 Scotland Street to stylistyczny majstersztyk. Zdania są krótkie, ale nie lakoniczne, słownictwo niewymagające i jakby zaczepne, nasycone poczuciem humoru. W opisach bohaterów da się wyczuć też pewną pobłażliwą czułość, która bawi i rozczula. A co najważniejsze - pod płaszczykiem ciepłego dowcipu kryje się mnóstwo poważniejszych tematów idealnych do przemyślenia w deszczowe wieczory. 


Komu polecę tę szczególną opowieść? Każdemu, kto ma ochotę na lekką i zabawną lekturę, niepozbawioną jednak głębi; miłośnikom obyczajówek oraz 'szkotofilom'. Sama na pewno sięgnę po kolejne części cyklu i mam nadzieję, że okażą się przynajmniej tak dobre, jak 44 Scotland Street.

------------------------------------------------------------------------------------------------------

Znowu poczynię dopiski po kresce, proszę o wybaczenie ;) Jak widzicie, trochę odświeżyłam szatę graficzną bloga. Nie wiem, czy wypada ona lepiej na tle starego layoutu, ale po prostu rozpierała mnie potrzeba zrobienia tu czegoś nowego. Co myślicie o zmianach? Czekam na Wasze szczere opinie :)

piątek, 3 sierpnia 2012

"Sekret Genezis" - Tom Knox

tytuł oryginału: The Genesis Secret
tłumaczenie: Aleksandra Górska
liczba stron: 368
ISBN: 978-83-7510-413-4
oprawa: miękka
data wydania:  2010 (Rebis)
moja ocena: 4/6


W gorącej Turcji dokonano ważnego odkrycia - grupa archeologów odkopała tajemniczy obiekt sakralny, starszy niż jakakolwiek inna aktywność człowieka. Stawia to pod znakiem zapytania historię ludzkości, którą znamy, a odpowiedzi poszukać ma Robert Luttrell, dziennikarz brytyjskiego Timesa. Rob węszy świetny materiał na reportaż, sprawy komplikują się jednak, gdy w niejasnych okolicznościach ginie kierownik badań nad Gobekli Tepe... Natomiast w odległej Wielkiej Brytanii komisarzowi Forresterowi przypada w udziale niełatwa sprawa: po kraju grasuje gang psychopatów, lubujących się w morderstwach rytualnych. Czy wydarzenia w Turcji mają z tym coś wspólnego?



Sekret Genezis to thriller z pewnością trzymający w napięciu, który polecam szczególnie fanom Dana Browna. Knox stworzył teorię spiskową równie interesującą, choć - nie oszukujmy się - nieźle naciąganą, jak zwykle w tego typu książkach. Ciekawym zabiegiem okazała się też prowadzona dwuwątkowo fabuła, koniec końców sprowadzona do wspólnego mianownika. Krótkie rozdziały i wartka akcja gwarantują fantastyczną płynność czytania - od przygód reportera ciężko się oderwać.


Przyznam, że język książki pozytywnie mnie zaskoczył. Choć prostota zawsze jest w cenie, Tom Knox postawił na bogate, często profesjonalne słownictwo, dzięki czemu możemy nie tylko poszerzyć wiedzę z zakresu archeologii, ale także nasz codzienny zasób słów. Na szczęście, nie odebrało to barwności i plastyczności opisom, bardzo pobudzającym wyobraźnię. Jeśli macie ochotę przenieść się na spaloną słońcem pustynię Syryjską czy deszczową wyspę Man, Sekret Genezis was nie zawiedzie.  


Bohaterowie, również ci drugoplanowi, zostali skonstruowani bardzo sprawnie. Rob Luttrell czy komisarz Forrester to postaci intrygujące, inteligentne, mierzące się z bolesną przeszłością i nie łatwiejszymi wyzwaniami teraźniejszości - od razu wzbudzają naszą sympatię, nie będąc w tym wszystkim karykaturą człowieka czy wyidealizowanymi herosami. Chciałabym natomiast mieć większy wgląd w psychikę głównego schwarzcharakteru, dowiedzieć się więcej o tym, jak funkcjonuje w swoim szaleństwie, ponieważ tego właśnie zabrakło mi w powieści.


Minusy? Są, niestety. Niektóre opisy morderstw były dla mnie zbyt brutalne, a żywy język wydobył ich okrucieństwo jeszcze bardziej - nie trafiło to w moją wrażliwość zarówno estetyczną, jak i emocjonalną. Wątek miłosny wydał mi się niepełny, poprowadzony jakby po łepkach, nawet niespójny; w thrillerze jednak nie o niego chodzi. Spodziewałam się również bardziej epickiego zakończenia, a w Sekrecie Genezis finał odbył się bez przytupu. A szkoda.


Powieść Toma Knoxa nie należy do wybitnych, ale z pewnością warto po nią sięgnąć. Czyta się dobrze, szybko i z przyjemnością. Co dla mnie ważne, autorowi udało się nie skorzystać z szablonu, na jakim opiera się wiele podobnych książek - nie żeruje na sukcesie Kodu Leonarda da Vinci, nie kopiuje użytego tam schematu, co okazuje się rzadkością na fali popularności Browna. Jednym słowem: polecam. Uwaga! Przydadzą się nerwy ze stali!


------------------------------------------------------------------------------------------------------
A teraz pożalę się nieco - brakuje mi weny! Ostatnimi dniami ciężko mi cokolwiek napisać, i powyższa recenzja jest tego doskonałym przykładem. Co robicie, kiedy nie możecie znaleźć w sobie inwencji czy inspiracji? Macie jakieś metody radzenia sobie z tym, a może stosujecie ćwiczenia na kreatywność? Wszelki wskazówki mile widziane :)

poniedziałek, 30 lipca 2012

30 day book challenge - 8, 9, 10

Witajcie!
Przepraszam za moją nieobecność tu i na Waszych blogach. W ostatnich dniach działo się stanowczo zbyt wiele (między innymi świetne koncert Peaches i mojego ukochanego zespołu CocoRosie w ramach festiwalu Nowe Horyzonty), ale zamieszanie na szczęście się skończyło. Dziś zapraszam więc na kolejną odsłonę 30 day book challenge, a jutro - do przeczytania recenzji Sekretu Genezis Toma Knoxa:)



Dzień 8 - Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być
Kiedyś już wspominałam o Dłoni pełnej gwiazd Rafika Schami. To piękna opowieść o dorastającym w niespokojnej Syrii chłopcu, mądra i poruszająca. Uważam, że powinno być o niej dużo głośniej!

Dzień 9 - Książka wielokrotnie przez Ciebie czytana
Często wracam do książek, które mi się podobają. Przemaglowałam kilka razy - między innymi - wszystkie Pottery, Historyka Kostovej i praktycznie każdą powieść Erica Emmanuela-Schmitta.

Dzień 10 - Pierwsza książka przeczytana przez Ciebie
Nie mogę mieć pewności, to było niemal 17 lat temu. Stawiam na baśnie Andersena lub braci Grimm, albo Pocahontas ;)

wtorek, 24 lipca 2012

30 day book challenge - 5, 6, 7

Przyznam się Wam do czegoś: 30-dniowe wyzwanie książkowe okazało się trudniejsze, niż myślałam. Nie do wiary, jakie problemy sprawia mi odpowiedź na tak proste pytania! Za każdym razem czuję się, jakbym wchodziła na zakurzony strych i po omacku szukała starych książek. Oto więc, w mękach stworzone, kolejne literackie reminiscencje:) 


Dzień 5: Książka non-fiction, której czytanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność

Znajdzie się niejedna taka. Bardzo lubię literaturę podróżniczą, a moje ulubione jej przykłady to Rio Anaconda Cejrowskiego, Gaumardżos państwa Mellerów czy Prowadził nas los Kingi Choszcz i Chopina. Jestem też ogromną fanką Kapuścińskiego, takie pozycje jak Heban czy Wojna futbolowa zapadły mi w pamięć na długo.



Dzień 6: Książka, przy której płaczesz

Niestety, płaczę przy książkach dość często. Jako dziecko nie mogłam spokojnie przeczytać Lassie, wróć!, bo wyłam jak bóbr. Dziś wzrusza mnie niezmiennie na przykład Pan Ibrahim i kwiaty Koranu Erica-Emmanuela Schmitta.


Dzień 7: Książka, przez którą trudno przebrnąć

Od pół roku nie mogę przeczytać Końca Empire Falls Richarda Russo - rozpraszam się, zacinam, zawieszam. Nie udało mi się również dokończyć Twierdzy samotności Jonathana Lethema.


piątek, 20 lipca 2012

"Łabędź i złodzieje" - Elizabeth Kostova


tytuł oryginału:
 The swan thieves
tłumaczenie: Barbara Miecznicka
liczba stron: 560
ISBN: 978-83-247-1850-4
oprawa: miękka
data wydania:  2010 (Świat Książki)


Znacie Historyka? Ta głośna powieść Elizabeth Kostovej urzekła mnie od pierwszej strony, zauroczyła stylem, językiem i sylwetkami bohaterów. Gdy więc w moje ręce trafiła kolejna książka jej autorstwa, Łabędź i złodzieje, nie miałam wątpliwości, że czekają mnie godziny przyjemnej lektury.


Robert Oliver jest uznanym artystą ze sporym dorobkiem. Coś jednak sprawia, że popada w szaleństwo: atakuje nożem wiszący w galerii obraz, zapewniając sobie tym samym  miejsce w szpitalu psychiatrycznym. Ponieważ, z wyjątkiem kilku zdań rzuconych pierwszego dnia pobytu w klinice, pacjent milczy jak zaklęty, doktor Marlow musi dotrzeć do niego w inny sposób. Pozostaje mu odwiedzić byłą żonę i kochankę Olivera i na własną rękę odkryć mroczne wnętrze malarza oraz jego obsesyjną miłość do kobiety, która... żyła i umarła w XIX w.


Nie będę ukrywać, że wyjątkowo ciężko jest mi dzielić się wrażeniami z lektury tej książki. Styl, w jakim została napisana, dawał mi pewne poczucie intymności, jakby słowa były przeznaczone tylko dla mnie. Każdy z narratorów - jest nim doktor Marlow, ale też kobiety Roberta: Kate i Mary - zwraca się do czytelnika nieco poufale, wciągając go bez reszty w opowieść o wielkim artyście i równie wielkim szaleństwie.


Pomimo skomplikowanej struktury, Łabędź i złodzieje to powieść doskonale spójna i uporządkowana, napisana z ogromną klasą. Język jest subtelny i elegancki, niesamowicie zmysłowy, a przy tym pełen swobody. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na opisy sztuki, tak sensualne, że obrazy same stają nam przed oczami, oraz na bohaterów widzianych oczami Marlowa. Jego precyzyjne, często emocjonalne spostrzeżenia przydają uroku każdemu, kogo zdecyduje się opisać.


Postaci są zresztą mocną stroną tej książki. Fascynuje przede wszystkim Robert Oliver, choć poznajemy go jedynie dzięki relacjom bliskich mu osób. Także jego tajemnicza muza, od lat nieżyjąca francuska malarka jawi się co najmniej intrygująco, i to jej losy - spisane w listach do stryja - najbardziej wciągają. W rzeczonych wiadomościach urzeka nie tylko historia ukryta za słowami, ale też delikatny, niemal niewyczuwalny erotyzm, podkreślający pisarski kunszt autorki.


Niestety, na wszystkie te zalety przypada jedna, acz spora wada: okrutne lenistwo fabuły. Niektóre momenty aż proszą się, by coś z nimi zrobić, nadać im pęd, uchylić nieco rąbka tajemnicy. Tajemnicę poznajemy jednak dopiero na końcu, nieźle już zniecierpliwieni. Co najgorsze, nie mamy szans na samodzielne rozwikłanie zagadki, więc czytelnicy z zacięciem detektywistycznym będą niepocieszeni. 


Powieść Kostovej powinna zainteresować zaś fanów obyczajówek z historią w tle, miłośników sztuki oraz koneserów słowa, którzy docenią elegancję i prostotę języka. Nie rozczarują się także osoby zaintrygowane zagadnieniami szaleństwa i geniuszu, lubiące mentalne wiwisekcje. Odradzam natomiast Łabędzia i złodziei miłośnikom spektakularnych zwrotów akcji i zawrotnego tempa - im książka raczej nie przypadnie do gustu. Sama na pewno jeszcze do niej wrócę, a póki co oceniam na 4+/6.

czwartek, 19 lipca 2012

30 day book challenge - 2,3,4

Nadejszła wiekopomna chwiła, czyli druga odsłona książkowego wyzwania. Potentegowałam sobie w głowie niczym król Julian i uznałam, że lepiej będzie w jednym poście mieścić 3 dni, coby miejsce i czas zaoszczędzić. Moje propozycje poniżej, czekam również na Wasze odpowiedzi:)

Dzień 2: Książka, którą lubisz najmniej

Nie jestem pewna. Nie podobał mi się na pewno - wbrew ogromnym oczekiwaniom - Dziennik geniusza Salvadora Dalego. Nie cierpię też książek Candance Bushnell (tej od Seksu w wielkim mieście). Ale moim faworytem w tej kategorii jest chyba jednak Coelho, sama już nie wiem, które jego dzieło drażni mnie najbardziej.
Dzień 3: Książka, która cię kompletnie zaskoczyła

Ostatnio sporym zaskoczeniem był dla mnie Podręcznik przygody rowerowej, o którym pisałam tutaj. Niespodzianką okazały się też Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof - podejrzewałam tę książkę o... cóż, dziadostwo. Na szczęście, marna okładka nie zwiastowała równie marnej treści. Pomimo licznych obaw, podobała mi się też seria Kot, który..., o jednej z jej części możecie przeczytać u Honoraty:)

Dzień 4: Książka, która przypomina ci o domu

Ania z Zielonego Wzgórza, i z jakiegoś nieznanego mi powodu Dłoń pełna gwiazd Rafika Schami - którą zresztą gorąco polecam, wyjątkowa opowieść!

wtorek, 17 lipca 2012

"Klub wspomnień" - Laura Kalpakian


tytuł oryginału: The memoir club 
tłumaczenie: Katarzyna Malita
liczba stron: 351
ISBN: 83-7391-256-8
oprawa: twarda
data wydania: 2004 (Świat Książki)



Są wspomnienia, od których nie można uciec. Można jedynie żyć z ciążącą świadomością przeszłości albo próbować ją wyprzeć, jakby nigdy się nie wydarzyła, jednak z tyłu głowy zawsze pozostanie, choćby odległe, echo pamięci. Można też - co proponuje nam w swojej powieści Laura Kalpakian - oswoić własną historię i pójść z nią pod rękę ku lepszym czasom.


Cary straciła bliskich w katastrofie lotniczej. Ratsy odebrano córkę zaraz po porodzie. Jill, adoptowana jako dziecko, szuka miejsca, do którego należy. Francine poświęciła całe życie mężowi, i po jego śmierci czuje się pusta. Na spotkaniach Klubu Wspomnień bohaterki próbują uporać się z własnymi demonami. Od ekscentrycznej nauczycielki uczą się, jak słowem obłaskawiać przeszłość - jak nadać jej strukturę, spójność, nowy sens. Każda z kobiet napiętnowana została bowiem bolesną stratą, o której nie może zapomnieć. Czy spisanie wspomnień pomoże wyzbyć się żalu? Czy klubowiczki staną się przyjaciółkami? Jakie niespodzianki szykuje dla nich los?


Powieść Kalpakian lubię w myślach nazywać mogiłą potencjału. Autorka stworzyła interesujące historie i osadziła je w równie ciekawym kontekście, dając sobie tym samym szansę na podbój czytelniczych serc. Niestety, możliwości ukryte w treści zostały brutalnie zamordowane niezgrabnym stylem i fatalną konstrukcją książki. Pojawia się bowiem kilku narratorów - właściwie narratorek - a każda z nich posługuje się zupełnie innym językiem. Z jednej strony uwiarygadnia to całą historię, z drugiej strony widać niestety, że Kalpakian nie czuła się w takiej konwencji swobodnie. Jedne rozdziały czyta się nieźle, przez inne ciężko przebrnąć, natomiast nie oczarował mnie absolutnie żaden. 


Nierozerwalnie związaną z tym kwestią jest przytłaczający chaos, który według mnie dominuje powieść. Tak częste zmiany narracyjne wywołują poważne zawroty głowy spotęgowane przez fakt, że niespodziewanie patrzymy na akcję oczami osoby, której właściwie nie poznaliśmy. Bohaterkami miały być kobiety z Klubu Wspomnień, więc o co chodzi? Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale autorka chyba po prostu uznała, że dorzucenie niemal przypadkowej postaci będzie wygodne, nie przejmując się wcale istniejącą już strukturą. Żałuję również, że snując swoje opowieści, klubowiczki rzadko spotykały się we wspólnym punkcie - przeważnie ich historie były niejako wyrwane z całości i pozostawione bez kontekstu.


Plusy? Dobra historia, niezłe zwroty akcji. Naprawdę przykro mi, że męczący styl i język, i ten przerażający chaos, tak zepsuły Klub Wspomnień. Lubię powieści z klasą, której tu niestety brakuje. Dziwi to tym bardziej, że Laura Kalpakian uznaną pisarką jest, z niejedną nagrodą na koncie. Według mnie zasłużyła na 2,5/6, nie na nagrodę.

niedziela, 15 lipca 2012

30 day book challenge - dzień 1

Przeglądając Wasze blogi, co i rusz natykam się na różne zabawy, które aż kuszą, by wziąć w nich udział. Najbardziej zaintrygowało mnie 30-dniowe wyzwanie czytelnicze - podoba mi się pomysł takiego uporządkowania przeczytanych książek, a może również powrotu do lektur spoczywających gdzieś na dnie pamięci. Niniejszym więc wyzwanie podejmuję i zapraszam Was do dzielenia się swoimi typami:)






Dzień 1: Twoja ulubiona książka

Czy Wam również tak ciężko odpowiedzieć na to pytanie? Zaczęłam czytać mając niecałe 4 lata, od tego czasu ulubionych książek miałam dziesiątki. Dziś zaliczyłabym do nich na pewno cudowną Historię miłości Nicole Krauss - subtelną i zabawną opowieść o emocjach, prostą, a przy tym mądrą i wnikliwą. Wracam do niej ilekroć dopadają mnie egzystencjonalne niepokoje albo poczucie samotności;)

Uwielbiam także Pierwszego między równymi Jeffreya Archera, lekturę dzięki której całym sercem pokochałam jej autora i gatunek political fiction. Czytając ją w gimnazjum nie wierzyłam, że można tak sprawnie skonstruować powieść tak wielowątkową! Jest w niej wszystko, co lubię: kompletni bohaterowie, machlojki i intrygi i piękna Anglia w tle. Szkoda tylko, że od kilku lat Pierwszego między równymi tak ciężko znaleźć w księgarniach.


Nigdy nie wyprę się też zafascynowania przygodami Harry'ego Pottera, znam je niemal na pamięć. Często biorę do ręki dowolną część, otwieram na dowolnej stronie i czytam, przenosząc się natychmiast do świata magii. Pamiętam, jak co roku niecierpliwie czekałam na kolejny tom, by w końcu zjawić się w księgarni w środku nocy i chłonąć opowieść już w kolejce.  Niestety, mój list z Hogwartu utknął gdzieś na poczcie i czekam na niego dobre 10 lat...


A jakie są Wasze ulubione książki?:)

piątek, 13 lipca 2012

"Podręcznik przygody rowerowej" - Anna i Robert "Robb" Maciąg

liczba stron: 303
ISBN: 978-83-246-3635-8
oprawa: miękka
data wydania: 2012 (Bezdroża)



Nie jestem typem sportowca. Nie lubię biegać, wręcz nienawidzę gier zespołowych, a ideę dobrowolnego wysiłku fizycznego przeważnie uznaję za niedorzeczny wymysł. Zawsze jednak czerpałam przyjemność z przejażdżek rowerowych - nawet tych bez celu. Kiedy więc w ręce wpadł mi Podręcznik przygody rowerowej autorstwa Anny i Roberta Maciągów, nie mogłam odmówić sobie tak intrygującej lektury.


No bo podręcznik? Przygody? Cóż to właściwie ma znaczyć, czego powinnam się spodziewać? Sięgnęłam po książkę zaciekawiona, choć niepewna. Obawy minęły jednak jak ręką odjął już po pobieżnym przerzuceniu stron. Całość podzielono na części, a zaczynamy od Opowieści z drogi - relacji z wypraw znanych podróżników rowerowych. Następnie, z pomocą tychże, możemy zaplanować Trasę, gdybyśmy natchnieni sami chcieli wyruszyć jednośladem w świat. W kolejnych rozdziałach (Sprzęt, Zanim wyruszysz, W drodze i Wyzwania) znajdziemy natomiast mnóstwo cennych i - co najważniejsze - praktycznych wskazówek, przydatnych nie tylko na bezdrożach Azji czy piaskach pustyni, ale też na rodzimych, cudnej urody drogach.


Przyznam szczerze - nie oczekiwałam po Podręczniku rewelacji. Tym milsze było moje zaskoczenie, gdy nagle nie mogłam się od jego lektury oderwać! I choć poszczególne opowieści różniły się stylem: niektóre wręcz urzekały polotem, inne czytało się tylko nieźle, wszystkie wydały mi się jednakowo inspirujące. Okazało się, że wcale nie trzeba być bogaczem, by zwiedzić świat. A by dokonać tego na rowerze, nie trzeba mieć nawet kondycji olimpijczyka, wystarczą odpowiednie przygotowania i determinacja. Bałkany, Wietnam, a może Madagaskar? Co kto lubi - państwo Maciągowie i ich goście udowadniają, że wszystko leży w zasięgu naszej ręki. Mnie zainteresowała szczególnie gruzińska wyprawa Michała Sitarza, z której relacja okraszona została istotnymi informacjami: czy można tam podróżować bezpiecznie? kupić części do roweru? z jakimi zagrożeniami możemy się spotkać? Podobnych rad udzielają wszyscy podróżnicy, co niewątpliwie stanowi duży atut Podręcznika przygody rowerowej.


Autorzy nie koncentrują się jednak tylko i wyłącznie na przygodzie. Bazując zarówno na doświadczeniu swoim, jak i innych 'rowerzystów', podsuwają nam rozliczne wskazówki dotyczące sprzętu i podróży. Tłumaczą, jak wybrać odpowiedni rower, jak przygotować się do wyjazdu, ale także jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych. W drodze nie jest łatwo, zwłaszcza, gdy budżet nie pozwala na luksusowe hotele i najwyższej klasy pojazd. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak wyczarować prysznic w szczerym polu, jak samodzielnie naprawić rower i czy możecie wybrać się w świat z dzieckiem - odsyłam do książki. Znajdziecie tam proste, rzetelne odpowiedzi na nurtujące pytania - nawet takie, które jeszcze nie przyszły Wam do głowy;) Pomocne będą także zdjęcia i tabelki natury 'pokazuję i objaśniam', które czynią wszystko bardziej przejrzystym.


Podręcznik przygody rowerowej wciągnął mnie i zainspirował, nie będąc przy tym zbiorem surrealistycznych opowiastek o podróżach niemożliwych. Zawarte w nim porady mają charakter na wskroś praktyczny i są właściwie po amerykańsku 'gotowe do użycia' i zazwyczaj nieskomplikowane. Nie będę jednak ukrywać, że książka państwa Maciągów nie jest dla każdego: o ile przygody zainteresują szersze grono odbiorców, o tyle kwestie techniczne trafią do nielicznych. Polecam ją z pewnością cyklistom i podróżnikom, ale także ludziom o otwartym umyśle, którzy pragną uwierzyć, że wszystko jest możliwe. Ze względu na nietypowy charakter Podręcznika nie wystawię mu oceny, jednak jest to pozycja ze wszech miar godna uwagi. Polecam!


Za tą niebanalną podróż dziękuję wydawnictwu Bezdroża:

P.S.
W ostatnim tygodniu brakowało mi czasu, by zaglądać tu i odwiedzać Wasze blogi, ale obiecuję się poprawić;) Przyczyny tej chwilowej nieobecności są dwie: nowy członek rodziny - maleńka kotka Lulu i cała masa spraw do załatwienia. Po dwuletniej - niezbyt zresztą udanej - przygodzie z zarządzaniem, udało mi się dostać na Uniwersytet Wrocławski. Jako niepoprawna humanistka z zamiłowaniem językowo-kulturoznawczym wybrałam filologię serbską i chorwacką i mam nadzieję, że się nie rozczaruję. Już teraz możecie trzymać za mnie kciuki;)

Pozdrawiam Was gorąco i zmykam czytać!